Limitowana nowość – pomadka matowa KOBO odcień Walk of Flame 416
1 vote, 3.00 avg. rating (74% score)

Jeśli podobnie jak ja nie lubicie matowych pomadek w płynie i wolicie jednak bardziej kremowe wersje w sztyfcie, KOBO ma coś dla Was. Do tej pory ich matowe pomadki były dla mnie zawodem, ale te najnowsze, w cudownych, złotych opakowaniach, są świetne! Mają idealne konsystencje i wspaniałe kolory, idealne na co dzień. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, zapraszam dalej.

Opakowanie
Plastik malowany na złoto do złudzenia przypomina metal, ale w cenie tej pomadki trudno byłoby spodziewać się prawdziwego, metalowego opakowania. Jakościowo jednak jest naprawdę bardzo dobre, a do tego zamykane na magnesy jak pomadki z wyższych półek. Może nie jestem do końca zwolenniczką takiego rozwiązania, bo wydaje mi się, że jednak zatrzask jest bezpieczniejszy, ale nie będę narzekać. Poczujmy odrobinę luksusu, a co tam! 🙂

Konsystencja i zapach
Pomadka jest bardzo podobna w konsystencji do Golden Rose, z jednej strony matowa i tępa, a z drugiej kremowa. Wierzchnia warstwa pomadki jest bardzo tępa, ale ściera się po kilku użyciach. KOBO zawiera też nieco więcej farfocli, które czasem rolują się na ustach, więc trzeba uważać. Pachnie bardzo przyjemnie i delikatnie cukrem wanilinowym, choć w tle świergocze zapach starej pomadki.

Generalnie kolorystyka całej serii jest cudowna. Znajdziecie w niej wiele neutralnych kolorów, także mauve, chłodne róże i brązy. Wszystkie podbijają biel zębów. Niestety w drogerii mama znalazła dla mnie tylko kolor Walk Of Flame 416. Bardzo ciężko jest mi oddać go na zdjęciach, ponieważ jest bardzo niespotykany i w każdym świetle wygląda zupełnie inaczej (dlatego wszystkie zdjęcia swatch’y są nieobrabiane i niedoświetlone). W słońcu wygląda na ciemny, koralowy, przygaszony róż, a w cieniu na brąz z ceglastymi tonami. W Internecie z kolei, np. na YT, wygląda u niektórych osób jak jasny róż. Musicie więc sprawdzić sami, jak wyglądałby na Was. Jeśli chodzi o to, komu będzie pasował: kiedy miałam włosy w kolorze jasnego blondu, absolutnie mi nie pasował. Teraz, kiedy mam brązowe włosy, pasuje idealnie.

Na powyższym zdjęciu prezentuje się jak koralowy róż i dokładnie tak wygląda na filmach na YT. W rzeczywistości 416 jest jednak bardziej brązowa, wręcz ceglasta z różowo-koralowym odcieniem (mistrzyni opisywania kolorów… :D) jak na swatch’ach:

Cena
16,99 zł to idealna cena za taki produkt. Byłabym skłonna teraz kupić wszystkie odcienie.

Opinia
Dziwna jest tylko aplikacja tej pomadki. Tak jak już napisałam, może zostawiać małe farfocle na ustach, szczególnie podczas pierwszych aplikacji, dlatego na początku najlepiej nakładać ją na balsam do ust. Wtedy wygląda o wiele lepiej i nie wżera się tak mocno w zmarszczki. Bardzo ładnie wygląda tuż przy krawędzi ust, gdzie w moim przypadku często tworzą się małe kropeczki, sprawiając, że makijaż ust wygląda niechlujnie.

Poza tym pomadki te absolutnie różnią się od poprzednich pomadek matowych KOBO, ponieważ faktycznie są matowe (odrobinę satynowe, podobnie jak Golden Rose Velvet Matte). Nie trzeba odciskać ich chusteczką ani pudrować, choć w Internecie krążą inne opinie, co bardzo mnie dziwi – może to kwestia koloru. Do złudzenia przypominają mi Golden Rose VM, ale są moim zdaniem jeszcze bardziej od nich matowe i trwalsze – przynajmniej, kiedy porównuję poniższe kolory:

Po roztarciu palcem.

Po zmyciu płynem micelarnym.

Pomada KOBO wytrzymuje na moich ustach kilka godzin, nawet po jedzeniu i piciu mam ją nadal na ustach, choć już w mniejszej ilości. Zostawia ślady na szklankach, ale sam barwnik mocno wżera się w usta, co widać na powyższych zdjęciach, kiedy próbowałam zetrzeć ją płynem micelarnym. Zjada się bardzo równomiernie i nie warzy  Absolutnie nie wysusza mi ust – pod tym względem sprawuje się nawet lepiej niż Golden Rose Velvet Matte.

W słońcu.

W cieniu.

Podsumowując…
Na temat tych pomadek czytałam wiele różnych opinii. Dla jednych są satynowo-matowe, dla innych totalnie matowe i wysuszające. U jednych dziewczyn wytrzymują 2 godziny, u innych pół dnia. W moim przypadku dorównują Golden Rose, a pod względem kolorów, zapachu i opakowania wręcz biją je na głowę. Wielka więc szkoda, że być może nie będę już miała możliwości dokupienia pozostałych kolorów z tej wspaniałej edycji limitowanej. KOBO, błagam, wypuśćcie je w linii regularnej! 🙂