Kobo Matte Liquid Lipstick – matowa ściema
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Rzadko dopatrzycie się u mnie recenzji czegoś z kolorówki, bo na co dzień niewiele się maluję. Jednak na punkcie produktów do makijażu ust mam kompletnego bzika! 🙂 A że niedawno do sprzedaży trafiły nowe, matowe błyszczyki Kobo pod jakże zaskakującą nazwą Matte Liquid Lipstick, nie mogłam się oprzeć pokusie pokazania go Wam. Szukałam koloru nude, który będzie trwały, nie będzie wysuszał, a przy tym będzie tani i naprawdę matowy. Czy Kobo sprostał moim wymaganiom?

Uwaga! To jest prawdziwy błyszczyk i największe zaskoczenie roku – wcale nie jest matowy! Ale po kolei…

Otwieram opakowanie i sprawdzam zapach. Pachnie jak wiele błyszczyków, owocowo, lekko cierpko. To delikatniejsza wersja z rodziny tych zapachów, które drapią w gardle. Ten raczej drapie znacznie mniej. Smakuje tak samo jak pachnie, tyle że nieco gorzko – jeśli lubicie wcinać błyszczyki. 🙂

Konsystencja typowego błyszczyka, niezbyt rzadka, niezbyt gęsta, raczej idealna. Dostępnych kolorów jest niestety niewiele, bo tylko 6:

[Pin on Pinterest]
Od lewej: 401 CRANBERRY MERINGUE, 402 WATERMELON JUICE, 403 CHERRY DRINK, 404 LITCHI YOGHURT, 405 PASSIFLORA TEA, 406 RASPBERRY SHAKE

Ja zdecydowałam się na kolor nude, bo właśnie takiego poszukiwałam. Jest to 401 Cranberry Meringue – to jeden z dwóch kolorów nude w tej kolekcji. Ten jest beżowy, natomiast jest jeszcze numer 405, który jest przygaszonym różem. Reszta kolorów jest nasycona i dość intensywna.

[Pin on Pinterest]

Mój kolor niestety okazał się być bardzo… trupi.

[Pin on Pinterest]

Wszystkie zdjęcia robiłam w świetle dziennym i on na moich ustach wygląda bardzo podobnie do tego, jak to na fotkach zobaczycie. Nie pasuje do mnie, jest zbyt siny. No w każdym razie daleko mu do ideału…

Teraz przejdźmy od wykończenia, które ani trochę nie jest matowe! No bo spójrzcie, jak błyszczyk wygląda zaraz po aplikacji:

[Pin on Pinterest]

[Pin on Pinterest]

Totalnie błyszczące, zwykłe, błyszczykowe wykończenie. Gdzie ten mat? A no trzeba odcisnąć usta na chusteczce, ale w celu UTRWALENIA matowego efektu. Obawiałam się, że skoro u mnie nie ma czego utrwalać, to efekt będzie mizerny. No i kto marzy o matowej pomadce, która sama z siebie nie jest matowa? Równie dobrze możecie kupić zwykły błyszczyk i go odcisnąć, też straci blask… Z kwestią matu wiąże się bezpośrednio sprawa pigmentacji. Otóż jest tu ona kwestią dyskusyjną. Na swatchu widać prześwity podobnie jak na ustach.

[Pin on Pinterest]

Trzeba go dobrze rozprowadzić i najlepiej nałożyć dwie warstwy dla uzyskania odpowiedniego koloru lub nałożyć go na konturówkę. Oceniam go w tej kategorii na 4-. Ale! Po odciśnięciu na chusteczce, oczywiście kolor staje się bardziej transparentny. Dlatego dla podsycenia nałożyłam druga warstwę i odcisnęłam ponownie usta. Trochę skomplikowane…

[Pin on Pinterest]

[Pin on Pinterest]

Widzimy więc, że wykończenie w cale nie jest w 100% matowe, a już na pewno nie aksamitne. Matowy błyszczyk lekko podkreśla zmarszczki – mimo że ja mam je bardzo mocne z natury – i wgłębienia, ale tylko wizualnie, bo nie wysusza ust. Jest bardzo nawilżający, jak typowy błyszczyk. Wszystko dzięki zawartości masła morelowego. Na szczęście mimo to nie kleją się do niej zbytnio włosy. Nie potrzebujemy pod spód żadnego balsamu. Błyszczyk nie podrażnia i nie uczula, a wiele produktów do ust mnie w ten sposób zawodzi.

Na koniec pozostaje kwestia trwałości. Nie jest z górnej półki jak u Bourjois Edition Velvet, ale też nie jest tak zła jak w błyszczących pomadkach Wibo za 5 zł. W formie błyszczącej zjada się podczas jedzenia niemal do zera, a bez jedzenia… i tak się zjada w ciągu 2 godzin. W formie matowej trzyma się nieco dłużej, ale nadal nie przetrwa jedzenia i picia. Odbija się na szklance jednak o wiele mniej niż tradycyjne pomadki. Ponad to mimo że nie zbiera mi się w załamaniach, waży się od wewnętrznej strony warg, co okropnie wygląda, jakbym miała wściekliznę, a jedynym objawem była piana lecąca z ust. Kiedy widzę to w lusterku dostaję drugiego objawu wścieklizny – naprawdę się denerwuję… 🙂

Cena za ten błyszczyk to 14,99 zł / 9 ml, ale na szczęście udało mi się go upolować na promocji w Naturze za 10 zł z groszami. Chciałam Wam powiedzieć, do kiedy jest ta promocja, ale widzę, że w gazetce jest podana regularna cena, hmm… Musicie więc same sprawdzić. 🙁

[Pin on Pinterest]

Podsumowując, ten „matowy” błyszczyk to ściema. Nie jest matowy, a trzeba mu pomóc, żeby taki był, choć efekt i tak nie jest zadowalający. Uboga pigmentacja, banalny zapach, gorzkawy smak i niesamowicie słaba trwałość sprawiają, że jest to pierwszy produkt od Kobo, o którym wolę jak najszybciej zapomnieć…