Haul wrześniowy: powrót do chemii i oszczędność
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Pielęgnacja twarzy to ostatnio moja zmora. Czy to będzie ostatni już haul zawierający kosmetyki z tej kategorii? Liczę na to! Póki co aptecznym kosmetykom do twarzy towarzyszą: najlepszy płyn do demakijażu, tanie i dobre produkty do włosów, kultowy rozświetlacz i niesamowity antyperspirant. Zdradziłam Wam już prawie wszystkie sekrety, ale tajemnica tkwi w krótkich recenzjach tych produktów. Zmarnujcie ze mną swoją wolną chwilę. Może się opłaci. 🙂

Moje włosy po szamponach L’Oreal zaczęły być bardzo obciążone, a że skończyłam już czarne mydło Babuszki Agafii, musiałam poszukać czegoś, co by je oczyściło. Generalnie planowałam przejść na profesjonalne kosmetyki do włosów typu Kerastase, żeby zregenerować włosy, ale niestety problemy ze skórą twarzy pokrzyżowały mi plany. 😀 Dlatego wybrałam jedne z najtańszych produktów, jakie były w drogerii i … wcale nie żałuję. 🙂

Szampon pewnie dobrze znacie. Dove Intensive Repair jest gęstym, kremowym szamponem, który zawiera SLS i silikony. Dokładnie oczyszcza, pozostawiając włosy dość dobrze nawilżone bez uczucia obciążenia czy obklejenia. W duecie z nim dość ciekawie kontrolę nad fryzurą przejmuje odżywka Nivea Intense Care & Repair. Jest dostępna także w Polsce – tutaj akurat jest wycofywana, więc kupiłam ją za pół ceny. Skład był szokująco obiecujący, ale efekt końcowy jest nieco dziwny. Włosy są nadal poplątane, ciężko je rozczesać i wcale nie są miękkie w dotyku. Ale po wysuszeniu wszystko się zmienia. Stają się mięciutkie – szczególnie tuż przy skórze, gdzie mam je najmniej zniszczone. Bardzo błyszczą i są śliskie w dotyku, lekko lejące. Jednocześnie jednak suche. 😀 Dość niejednoznaczny i nieco psychodeliczny ten opis, ale ja sama nie miałam chyba do tej pory produktu do włosów, który dawałby tak wieloraki efekt. Być może muszę się jeszcze pozbyć resztek po produktach L’Oreal i wtedy ocenię dokładniej jej działanie.

Kupiłam też najlepszy rozjaśniacz drogeryjny, jaki stosowałam. Marka SYOSS naprawdę mnie zaskoczyła, bo w końcu mogę w domowym zaciszu na spokojnie rozjaśnić moje niemal jasnobrązowe włosy do jasnego blondu.

Wiecie też, że pielęgnacja twarzy przysparza mi ostatnio mnóstwo problemów. W ostatnim haulu sprzed kilku tygodni prezentowałam zachwycające kosmetyki Lush, a tym razem na przekór naturze coś z apteki. Bo niestety natura się u mnie nie sprawdza. Więcej na ten temat, włącznie z recenzją produktów Lush i La Roche Posay, przedstawię Wam w jednym z kolejnych postów. Tu tylko zaznaczę, że zdecydowałam się na dwa kremy do twarzy: popularny Effaclar Duo [+] oraz mniej popularny, ale ponoć bardzo skuteczny, Kerium DS.

Agresywne mydło natomiast zastąpiłam delikatną pianką z probiotykami dla skóry wrażliwej i alergicznej Pharmaceris. Nie wybrałam nic z La Roche Posay, bo składy zapowiadały drastyczne działanie, a tego chciałam uniknąć, ponieważ dążę do równowagi.

Do zmywania makijażu używam aktualnie płynu micelarnego i toniku (2w1) marki Vianek. Wyczaiła go moja mama, czytając bardzo dobre opinie na jego temat. W istocie to najlepszy płyn micelarny, jaki kiedykolwiek miałam. Zmywa makijaż (tusz i pomadę do brwi, bo tylko tego używam) w kilka sekund bez podrażniania i bez suchych czy piekących oczu. Cudo! Jedyny minus to fakt, że nie mogę go używać jako toniku, bo mnie po nim wysypuje, ale może u kogoś sprawdzi się i pod tym względem, bo dobrze nawilża. Choć dla mnie był zbyt klejący.

Moje usta z kolei po beznadziejnej paście do zębów z Lidla ratuje znów Blistex w tubce. Idealny na piekące, pękające, suche usta i opryszczki oraz zajady. Nie znam nic lepszego. 🙂

Może zauważyliście też antyperspirant drogeryjny. Miałam z nich zrezygnować, ale dezodorant Schmidt’s, którego używałam nie do końca spełniał moje oczekiwania. Gdyby jeszcze była dostępna w Holandii wersja z olejkiem magnezowym zamiast sody albo nowy zapach róża+wanilia, skusiłabym się na niego. A tak postanowiłam wypróbować nowość Rexony – antybakteryjną kulkę Active Shield z technologią Motion Sense. Przez cały dzień i noc nie czuję najmniejszej woni ani kropelki potu. To jest aż niewiarygodne. Nawet w pracy, gdzie dużo się stresuję i zwykle przypominam o tym, że mam pachy, dziś kompletnie o nich zapomniałam. 😀 Wrzucę ją do hitów tygodnia i tam opiszę dokładniej. 🙂

Oko każdej sroki nie przeoczy kultowego rozświetlającego pudru My Secret. W końcu mam go i ja. Moje spostrzeżenia? Zasłużone są wszystkie peany na jego temat. Świetny skład, który pozwala na aplikację pudru faktycznie na całą twarz. Efekt lepszy niż w przypadku Meteorytów w kolorze Medium, choć bardzo podobny, więc po co przepłacać? Jako rozświetlacz także świetnie się sprawdza. Niestety póki co lepiej go nie przetestuję, bo muszę najpierw wyleczyć twarz. 🙁

Na koniec dwie maseczki: rozgrzewająca sauna oraz zielona herbata peel-off marki 7th Heaven. Ostatnio weszła też seria przeznaczona dla mężczyzn oraz maseczki w płachcie. Chciałam je Wam również pokazać, ale szybko poszły w ruch – mąż zużywa po dwie na raz. Jeśli facet z chęcią sięga po maseczki, to musi oznaczać jedno: te maski są genialne! 🙂

Do zestawienia powinien jeszcze dołączyć tusz L’Oreal Volume Million Lashes So Couture So Black, ale niestety wszędzie jest tu wyprzedany! :/ Dostępne są natomiast inne wersje, z których najbardziej interesuje mnie: tradycyjna złota oraz różowa Fatale. Może macie jakieś porównanie tych maskar – która z nich jest najlepsza? :* A może polecacie jeszcze inną? 🙂